Złoty peeling-masaż oraz złote serum wyszczuplające czyli bliźniaki od Eveline w akcji !

Witam,

dzisiaj pragnę przedstawić kolejne produkty z zestawu firmy Eveline  (dla przypomnienia lub nie wtajemniczonych mój wcześniejszy post  
http://tylkonafali.blog.pl/2013/12/15/mega-zestaw-testowy-czas-testowac/
   ).

A oto „bliźniaczki” ze złotej serii – Złoty peeling masaż drenujący oraz Złote serum wyszczuplająco modelujące.

Pewnie zastanawia Was dlaczego użyłam słowa „bliźniaczki”. Już wyjaśniam :)            Według mnie te produkty powinny być sprzedawane w zestawie, ponieważ stosowane razem znacznie potęgują swoje działanie i oczywiście efekt. Dotyczy to zwłaszcza serum.     W ramach moich doświadczeń stosowałam balsam bez i po użyciu peelingu i różnica była naprawdę kolosalna. Ale po kolei ;)

Jako pierwszy – Złoty peeling-masaż drenujący.

Produkt (tak jak na załączonym wcześniej zdjęciu) znajduje się w tubie o pojemności       250 ml. W składzie znajdziemy : 24 karatowe ZŁOTO (jak to na opakowaniu zaznaczył producent), kofeinę, guaranę oraz ekstrakt z alg i D-pantenol czyli  stymulująco-nawilżająco-wygładzająco-ujędrniająco-wyszczuplający kompleks antycellulitowy, uff :) Tyle z zapewnień producenta.

Sposób użycia : podczas kąpieli rozprowadzić preparat na wilgotnej skórze ciała w partiach szczególnie wymagających wzmocnionej pielęgnacji antycellulitowej. Intensywnie masować okrężnymi ruchami przez 3 do 5 min. dokładnie spłukać wodą, osuszyć. W zaleceniu jest zastosowanie preparatu pielęgnacyjnego z tej samej linii.

Produkt konsystencją kojarzy mi się z sorbetem :)

Jest dosyć „puszysty” z licznymi, złotymi drobinkami. Przepięknie pachnie, przypomina mi nieco zapach olejku arganowego. Rozprowadza się podobnie jak cukrowy peeling. Podczas masażu na skórze zmienia zabarwienie z transparentnego na biały.

Łatwo spłukuje się z powierzchni skóry.

Po zastosowaniu efekt był według mnie bardzo dobry (choć produkt ten sprawdził się bardziej jako masaż drenujący niż peeling).

Jako drugie – Złote serum wyszczuplająco modelujące.

Preparat ten znajduje się również w tubie o pojemności 250ml. W składzie znajdziemy : 24 karatowe ZŁOTO (oczywiście), kwas hialuronowy (bioHyaluron Slim Complex), miłorzęb japoński, kompleks Lipocell-Slim, roślinne komórki macierzyste (PhytoCellTec), olejek arganowy, mleczko roślinne (Chufa Milk EC), algi laminaria oraz witaminy A, E, F czyli stymujująco-rozświetlająco-wygładzająco-wyszczuplająco-modelująco-regenerująco-głęboko odżywiająco-nawilżająco-rewitalizujący kompleks, podwójne ufff ;)

A teraz sposób użycia : niewielką ilość preparatu wmasować dwa razy dziennie okrężnymi ruchami w miejscach zaatakowanych (to mnie trochę rozśmieszyło) cellulitem. Przyjemne uczucie chłodzenie towarzyszące aplikacji jest gwarancją natychmiastowego działania (jak dla mnie to ten „efekt chłodzenia” w dużej mierze zasługa mentolu). Pierwsze rezultaty widoczne są po ok. 3-4 tygodniach regularnego stosowania. Dla podtrzymania uzyskanego efektu zaleca się stosować serum przez cały rok, 2-3 razy w tygodniu. Po użyciu preparatu należy umyć dłonie.

Serum , jeśli chodzi o konsystencją, jest bardziej wodniste niż kremowe. Gładko rozprowadza się po powierzchni skóry, szybko wchłania pozostawiając na skórze delikatną powłokę z drobinkami złota.

Najbardziej zaskoczył mnie efekt chłodzący. Poczułam silny chłód, a wręcz zimno. Zupełnie jakby (w miejscach gdzie się posmarowałam serum) ktoś włączył klimatyzację na 18 stopni ;) Na prawdę bardzo silnie odczuwalny efekt, ale tylko po uprzednim użyciu peelingu z tej samej serii. Przy pominięciu tego produktu efekt chłodzący serum był wręcz nieznacznie odczuwalny. Dlatego właśnie pisałam wcześniej o ‚bliźniaczkach”, ponieważ te dwa produkty powinny być nierozłączne. Jak bliźniaki :)

Jeśli chodzi o efekty. Stosowałam oba kosmetyki jednocześnie przez 4 tygodnie i według mnie rezultaty były naprawdę świetne. Skóra jest cudowna. Gładziutka jak u niemowlaczka, jędrna, elastyczna. A tak wygląda to w „realu” czyli przed i po zakończeniu kuracji ;)

Jeśli chodzi o 2 najważniejsze to :

  • Redukcja cellulitu była wręcz imponująca i jestem naprawdę bardzo zadowolona.
  • Modelowanie i wyszczuplanie sylwetki. Ja to po swojemu nazywam „eliminacja kluchy” ;)) Chodzi o to, że przy redukcji tkanki tłuszczowej (mówiąc potocznie chudnięciu) skóra wiotczeje i robi się galaretowata. A takiego efektu nie było. Przy okazji muszę tu zaznaczyć jedną rzecz. Nie można radykalnie schudnąć jedynie przy użyciu preparatów kosmetycznych typu balsamy, peelingi !Pamiętajcie, takie produkty mają za zadanie jedynie wspomagać. Tak naprawdę trzeba niestety trochę nad sobą popracować. Odpowiednie odżywianie i ćwiczenia to punkt nr 1.

Podsumowując: obydwa produkty spisały się na 5 + dlatego z czystym sumieniem – polecam :)

Opublikowano Brane pod lupę czyli testuję ;) | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Ladycode by Bell czyli kremowa pomadka do ust

Hello,

będąc ostatnio na zakupach w Biedronce stałam sobie w dosyć długiej kolejce i jak człowiekowi się nudzi to oczywiście zaczyna sobie szukać urozmaicenia. Zresztą dla takiej kosmetyko-maniaczki jak ja było do przewidzenia, że moja uwaga skupi się na ekspozycji z towarami właśnie z tej kategorii. Cena – oczywiście przystępna, bo przecież „Biedronka, ach Biedronka” więc szybka decyzja i bach!

Dziś opiszę kremową pomadkę do ust z serii Ladycode od Bell

Kolor 01 Coral Pink

Tu pierwsza rzecz która mi się spodobała. Pomadka  jest dodatkowo zapakowana w kartonowo-plastikowe opakowanie na którym możemy znaleźć takie info jak: opis działania, skład, oznaczenie koloru (przynajmniej mamy pewność, że nikt przed nami jej nie używał). Tutaj jednak pierwszy minusik (dotyczy oznaczenia koloru). Jeśli się zdarzy, że nie zapamiętacie numeracji z opakowania możecie mieć problem, ponieważ takie oznaczenie nie istnieje na opakowaniu samej pomadki :( (moja mała sugestia – na spodzie tego kosmetyku jest na to wystarczająco dużo miejsca). Dodatkowym atutem tego produktu byłoby dodanie paletki testerków. Pomogło by to bardzo w wyborze odcienia, ponieważ (przypominam) pomadka jest szczelnie zapakowana i  nie można zobaczyć koloru na „żywo”.

Posiadam kolorek 01 Coral Pink. Piękny, słodki owocowy zapach. Intensywny odcień  z połączeniem tysięcy brokatowych drobinek.

 

Jednak barwa koloru nie do końca zgadza się z opisem. Koral – owszem w świetle sztucznym, ale na zdjęciach robionych w dzień dla mnie osobiście przypomina raczej róż.

W sztucznym świetle.

W świetle dziennym.

Co do opisu producenta:

Po aplikacji na ustach pomadka jest faktycznie lekka i kremowa. Daje bardzo przyjemne uczucie nawilżenia i natłuszczenia przy tym nie jest lepiąca. „Zapewnia … piękny kolor na ustach przez wiele godzin”- owszem, pod warunkiem, że w tym czasie nie będziemy nic jeść, ponieważ po posiłku nie ma po niej śladu. Cóż, producent nie obiecywał, że będzie trwała więc mogę na ten minusik przymknąć oko ;) Wieczorem, po zmyciu makijażu, miałam nawilżone i odżywione usta. W zasadzie to efekt porównywalny do tego po zastosowaniu pomadki ochronnej więc witamina F, lanolina i wyciąg z aloesu,  zawarte w pomadce, faktycznie zadziałały. Chętnie wypróbuję inne odcienie (tym bardziej, że koszt znikomy, bo 9zł). Polecam Wam wypróbować ;)

Opublikowano Brane pod lupę czyli testuję ;) | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

Błyszczyk do ust od Eveline – BB Magic Lip Gloss 6w1

A oto kolejny produkt z zestawu Eveline (dla przypomnienia lub nie wtajemniczonych mój wcześniejszy post  
http://tylkonafali.blog.pl/2013/12/15/mega-zestaw-testowy-czas-testowac/
   ).

Tym razem – Błyszczyk do ust BB Magic Lip Gloss 6 w 1

„Magic gloss”… Brzmiało interesująco. Zwróciłam również uwagę na informację 6 in 1.          ” Czyli jeden produkt, aż sześć korzyści:

6w1

  1. Kolor
  2. Blask
  3. Wygładzanie
  4. Nawilżenie
  5. Odżywianie
  6. Ochrona „

Niestety jest to cytat z oficjalnej strony firmy Eveline, ponieważ na opakowaniu nie ma tych informacji. Trochę to dziwne, a to choćby dlatego, że sam napis 6w1 nic mi nie mówi :/

Błyszczyk posiada 9ml opakowanie ze standardowym aplikatorem.

Testowałam kolor nr 358. Kolor nawet mi się spodobał. Lubię pastele, a zwłaszcza te z „błyskiem”. Już przez opakowanie widać delikatne brokatowe drobinki.

Błyszczyk ma piękny cytrusowy zapach (dla mnie najwyraźniej czuć nutę pomarańczy).

To by było na tyle jeśli chodzi o zachwyty.

Nastąpiła aplikacja a z nią ….

Pierwsze trudności. Błyszczyk jest mazisty i lepiący. Przy próbie rozprowadzenia go po powierzchni ust miałam wrażenie jakby się „ciągnął”. Kolor niby jest nie transparentny, ale taki efekt pozostaje tylko w miejscach, gdzie się nagromadził. Daje to w mojej ocenie kiepski efekt.

Na dodatek każde zetknięcie się ust tworzy na ich powierzchni wyraźne zgromadzenie się błyszczyka. W trzech słowach – pasy na ustach.

Jeśli chodzi o trwałość. Praktycznie zerowa. Po około godzinie znika całkowicie z powierzchni ust. Nie przetrwa najmniejszego posiłku.

Tak to właśnie wygląda.

  1. Kolor – lipa (słabiutka pigmentacja, bynajmniej ten odcień)
  2. Blask – piękny ( jak polakierowane)
  3. Wygładzanie – nie zdążyłam się przekonać (za szybo się ściera)
  4. Nawilżenie – jw.
  5. Odżywianie – jw.
  6. Ochrona – jw.

Niestety ten produkt w mojej ocenie nie wypadł za dobrze.

Aha,  jeszcze jedno. Szukając odpowiedzi na nurtujące mnie 6w1 zaglądnęłam na oficjalną stronkę firmy Eveline. Znalazłam tam również „paletę kolorystyczną” w/w błyszczyka. Moim zdaniem nie zgadza się ona z „realem”. Nr 358 to dla mnie powiedzmy brzoskwiniowy a na tej stronie wygląda jak chłodny brąz. Chyba wymaga poprawki. Tak jak i sam błyszczyk ;) Wiem, złośliwe to było, ale naprawdę firma Eveline ma wspaniałe produkty i ta jedna mała sirotka tu nie pasuje (hehe).

To tymczasem borem lasem ;)) Do następnego.

Opublikowano Brane pod lupę czyli testuję ;) | Otagowano , , , | Skomentuj

Automatyczna kredka Eye Max Precision firmy Eveline – to chyba jakaś pomyłka …

Cóż, „nadejszła ta wiekopomna chwila” kiedy oto zacznę przedstawiać wyniki testowanych przeze mnie produktów z zestawu Eveline (dla przypomnienia lub nie wtajemniczonych mój wcześniejszy post  
http://tylkonafali.blog.pl/2013/12/15/mega-zestaw-testowy-czas-testowac/
   ).

Dzisiaj – automatyczna kredka do oczu.

Zacznę od podstaw. Kredka jest 2 częściowa. Na jednym końcu „kredka automatyczna”. Tego raczej nie trzeba tłumaczyć. Kolor „brown”. Ciemny, chłodny brąz. Po drugiej stronie gąbka mająca służyć do rozcierania kreski.

Kredka bardzo mnie zaciekawiła. Wyglądała jak bardzo profesjonalny produkt, który jak najszybciej chciałam wypróbować. Tu jednak, czyli przy pierwszej próbie aplikacji, pojawiło się pierwsze rozczarowanie. Rysik jest bardzo twardy i bardzo ciężko nanosi jakąkolwiek warstwę koloru na powiekę (najgorzej jest na górnej). Jakby „ślizga się” po skórze Próbowałam ją aplikować na różne sposoby. Na „gołą” powiekę, z pudrem, z podkładem czy z warstwą kremu ( ta ostatnia opcja dała najlepsze rezultaty). Jednak żaden nie pomógł na tyle, aby efekt był zadawalający. Kreska na oku (jeśli już się pojawi) jest gruba, o niejednolitym zabarwieniu. W niektórych miejscach praktycznie jej nie widać. Przy próbie nałożenia większej ilości, w celu wzmocnienia koloru, kredka zaczyna się rolować i tworzą się beznadziejne prześwity.

Używałam różnych kredek, konturówek, eye liner’ ów, ale nawet te wodoodporne tak beznadziejnie się nie aplikowały. Trwałość … Po godzinie pojawiają się pierwszy oznaki kapitulacji. „Odbitki ksero ” na górnej powiece i ciemne „zmarszczki” pod dolnymi powiekami (tego ubocznego efektu nie cierpię). To raczej słabiuchny rezultat.

Co do wcześniej  wspomnianej „gąbki” nie widzę w ogóle sensu jej istnienia w tym produkcie. Zamiast rozmazywać ściera kredkę z powierzchni skóry.

Jak dla mnie ta kredka to, jakby to powiedziało moje dzieciątko, turbo porażka.

Aktualnie używam tego kosmetyku jedynie jako kredkę do podkreślania linii brwi ;) Tę funkcje spełnia wręcz rewelacyjnie. Mogę nawet ośmielić się stwierdzić, że gdyby zmienić nazwę tego produktu z „kredki do oczu” na  ”kredka do brwi” byłaby rewelacyjna ;)

Podsumowując:

Jak dla mnie ta kredka ma same wady i niestety dostaje ode mnie naprawdę bardzo słabą ocenę.

To tyle. Do następnego ;)

Opublikowano Brane pod lupę czyli testuję ;) | Otagowano , , , | Skomentuj

Szampon ultra mocny do włosów rozjaśnionych,siwych i blond firmy Marion – moje ukochane cudeńko :)

Tak, wiem ;) Gigantyczny ten opis, ale lista zalet też jest długa.

A oto on :

Odkąd mam włosy w odcieniu platynowy blond szukałam środka, który pomógłby utrwalić ten kolor, likwidując przy tym efekt „żółtego odcienia” (albo raczej zapobiegać).

Używam tego szamponu już od prawie pół roku i jak na razie nie ma sobie równych. Wypróbowałam wiele szamponów, masek i płukanek, ale żaden produkt nie był tak skuteczny.

Przede wszystkim zainteresował mnie skład. Produkt wzbogacony jest o kompleks witamin oraz proteiny jedwabiu (ta formuła skutecznie ułatwia rozczesywanie).

Teraz  - pojemność. Butelka ma 250ml. Dla mnie wystarcza na ok. 5 miesięcy. Myję włosy 2 razy w tygodniu. Używam tego szamponu naprzemiennie  z produktem firmy Garnier Fructis: „Szampon wzmacniający przeciwłupieżowy 2w1, do włosów normalnych” .

Szampon firmy Marion jest dosyć gęsty o intensywnym fioletowym zabarwieniu.

Jeśli chodzi o zapach tego szamponu mnie kojarzy się z ewidentnym aromatem melona (osobiście uwielbiam) :)

Co do aplikacji.

Ja używam trochę większą ilość, aby szampon przyjemnie się pienił. Ale w 100% zgadzam się z informacją zawartą w uwadze oraz z tym, że szampon pozostawia na skórze rąk niebieski (dla mnie to jest raczej fioletowy) film. Zwłaszcza jeśli macie na dłoniach suchą skórę.

Na koniec – efekt.

Efekt w świetle dziennym.

W moim przypadku szampon  stosowany częściej niż 1 w tygodniu, powoduje sino-fioletowe zabarwienie. Dlatego musicie uważać, aby nie przegiąć przysłowiową „pałę” i nie upodobnić się do starszych pań ;)

Z czystym sumieniem polecam ten produkt tym bardziej, że jego cena  to 8 zł :) Wypróbujcie i … Czekam na komentarze ;)

Opublikowano Brane pod lupę czyli testuję ;) | Otagowano , , , | Skomentuj

Metal, płyn do czyszczenia srebra i złota firmy Kiwi.

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami moim „czarodziejskim płynem” do czyszczenia srebra i złota ;) Oto on :

Buteleczka zawiera 150 ml różowego, nieco gęstego płynu. Podoba mi sie pomysł producenta związany z ochroną przed dziećmi. Chodzi tu konkretnie o nakrętkę.

Czyli coś takiego:

Pomysł dobry, ale niestety wymaga dopracowania. Po użyciu trochę większej siły nakrętka otwiera się bez naciskania po bokach, a biorąc pod uwagę pomysłowość dzieci (które jak wiadomo są zawzięte w swoich poczynaniach i nie zawahają się użyć innych metod typu zęby) mogą sobie dosyć prosto z tym poradzić. Moim zdaniem lepsze by była nakrętka którą stosuje się w lekach typu Nurofen  w syropie. Tam nakrętka obraca się (i bez użycia dużej siły) nie można jej odkręcić. To taka moja sugestia od strony technicznej ;)

Przez dłuższy czas używałam go jedynie do srebrnych sztućców ( to chyba poprawna forma) mojej mamy. Ale ponieważ potrzeba jest matką wynalazku znalazłam mu dodatkowe zastosowanie :) Już na samym opakowaniu jest wyraźnie zaznaczone , że … Ja jednak użyłam go do biżuterii nie zawierającej kamieni szlachetnych ;) Konkretnie do bransoletki. Tak się akurat złożyło, że nie miałam chusteczek do srebra i efekt był super. Potem używałam tego płynu wielokrotnie i dzisiaj pragnę Wam zademonstrować jego działanie. Tak wyglądał wisiorek. Był długo nieużywany i oksydacja zrobiła swoje.  Kierując się instrukcją obsługi wykonałam „zabieg odnowy” w następujący sposób:                                                                                                                                           Na płatek kosmetyczny dozuję odpowiednią porcję płynu. Niestety po odkręceniu nakrętki musicie przygotować się na niemiłe doznania. Ze środka wręcz „uderza” intensywany zapach amoniaku. Strasznie duszący (wrażliwi będą musieli zatkać nos) ;) Ale do rzeczy.    Następnie przykładam medalik do powierzchni płatka i czyszczę okrężnymi ruchami. Przypomina to bardziej masowanie niż pocieranie ;) Potem – mycie. Ja używam do tego najpierw płynu do naczyń. Według mnie najlepiej zmywa ten środek. Następnie idzie w ruch szmpon (koniecznie bez odżywki). Nadaje piękny połysk. Na koniec polerowanie. Ja mam taki ulubiony frotowy ręczniczek do rąk. Taki  30 cm x 40cm.  A oto efekt końcowy: Co Wy na to ? Moim zdaniem super :) Zamieszczę jeszcze obie fotki (przed i po) Dla porównania ;)  To tyle. Dodam tylko, że podobny efekt można uzyskać dla łańcuszków, bransoletek, pierścionków. Nie próbowałam z biżuterią z kamieniami szlachetnymi. Przyznam, że boję sie zaryzykować ;P

Do następnego. Papa.

Opublikowano Brane pod lupę czyli testuję ;) | Otagowano , , , | Skomentuj

Mega zestaw testowy – czas testować !

Witam,

Piękny widok, prawda ? ;)

Uczestnicząc w akcji organizowanej przez serwis Bangla zostałam szczęśliwą         ” jedną z dziesięciu”  posiadaczek tego wspaniałego zestawu :) Wkrótce zaprezentuję wszystkie te cudeńka. Ich zalety jak również i wady (jeśli takie się pojawią) ;)

Jednocześnie zapraszam serdecznie wszystkich na ….

www.bangla.pl 

Można tam znaleźć nie tylko opinie, zdjęcia i testy, ale również grupę użytkowników, zwłaszcza kobietek, o wesołym i ciekawym usposobieniu. Na forum (i nie tylko) poruszane są rozmaite tematy,problemy. Można nawet dowiedzieć się czegoś ciekawego ;) a nawet zgarnąć coś nie coś na prowadzonych akcjach lub blogowych rozdaniach. 

Zresztą, sprawdźcie sami.

Polecam :)

P.S.

Ostatnio nowi Banglowicze kontaktowali się ze mną w tej sprawie dlatego zamieszczam tę informację. 

Jeśli zdarzy się, że stronka Bangli Wam się spodoba i zdecydujecie się stać jednym z nas, podajcie proszę w formularzu rejestracyjnym mój login, jako osobę polecającą .

Mój Banglowy  nick to : Marzenaqc .

Z góry dzięki. Pa.

Opublikowano Blog-ogłoszenia :) | Otagowano , , | 2 komentarzy

Piaskowy efekt (sand effect) domową metodą :)

Hello :)

Tym razem pokażę jak uzyskać sand effect.

 

W świetle dziennym.

Zdarza się czasem (a w zasadzie dotyczy to chyba 99 % kobiet), że macie dużo lakierów jak ja to nazywam „zwyklaków”. Chodzi mi o takie które po pomalowaniu dają tradycyjny efekt i po prostu już się nam znudziły albo np cierpimy na brak gotówki lub też mamy najzwyklejsze ultimatum od męża warunkowane rozwodem –  żadnych lakierów !!! Wtedy możemy, ba nawet jesteśmy zmuszone podrasować to , co już mamy aby stały się aktualnym hitem.

Zademonstruję jedną z takich metod na piaskowy efekt.

Potrzebny nam będzie poniższy zestaw:

  • odżywka do paznokci  (ja zawsze jej używam jako podkład a dodatkowo odżywia mi paznokcie. Polecam ją zwłasza przy ciemnych kolorach, ponieważ lubią trochę farbować płytkę paznokcia na taki żółtawy, nie estetyczny kolor a  przy jaśniejszych lakierach przbija i daje brzydki efekt )
  • lakier  (ja akurat nie miałam żadnego brokatowego dlatego to będzie mój lakier bazowy + drugi lakier nawierzchniowy z brokatem)
  • sól

To wszystko :) Zaczynamy !

Najpierw maluję paznokcie odżywką. Polecam firmy Eveline (z  każdej byłam zadowolona).

 

 

Po wyschnięciu nakładam warstwę lakieru (mój rewelacyjnie kryje więc wystarczy jedna warstwa). Użyłam nr 23 z serii chrom z firmy Alle Paznokcie.W sumie już sam w sobie jest cudny… Ale do niego wrócej innym razem ;)

Nastęnie (po wyschnięciu) lakier brokatowy. Tu świtny efekt daje lakier firmy Bell z serii Glam Night Sparcle nr 3.

 

Natychmiast posypuję solą (zwykła solniczka sprawdza sie tu rewelacyjnie jako doskonały dozownik). Im sól jest bardziej gruboziarnista tym efekt będzie mocniejszy a sktuktura stanie się bardziej nierównomierna. 

 

I czekamy.

Czekamy ….

Kiedy lakier już wyschnie – rączki pod wodę i gotowe !

Poniżej zamieściłam moje mani na różnych kolorkach. Ale UWAGA !

Tu mały quiz ;) Jeden z użytych kolorków to oryginalny firmowy sand effect. Zgadniecie który to? P.S.Nie sugerujcie się ilością pomalowanych paznokci.

Zdjęcie w "sztucznym świetle"

Zdjęcie w „sztucznym świetle”

 

 

To tyle. Do natępnego :)

Opublikowano Viva natura inaczej zrób to sam ;) | Otagowano , , , , | Skomentuj

Nowy produkt od Wibo czyli Lovely Extra Lasting Lip Gloss matowy z formułą długotrwałą.

Witam :)

Dzisiaj pragnę przedstawić nowy „błyszczyk” od Wibo.

Pewnie zastanawiacie się dlaczego słowo błyszczyk jest zapisane w ten sposób. Otórz napisałam tak ze względu na to, iż to określenie nie pasuje zbytnio do tego produktu (ale o tym dalej w opisie). 

Błyszczyk posiada 6 ml buteleczkę. Podczas wyjmowania aplikatora zauważyłam, że u wylotu buteleczki znajduje się zwężenie. To świetne rozwiązanie dla uniknięcia niekontrolowanej ucieczki błyszczyka ;) Jeśli chodzi o aplikator-standardowy. Rozprowadzenie produktu na ustach bez problemu.

A teraz trochę więcej już o samym błyszczyku. Pachnie trochę niestandardowo. Spodziewałam sie tonacji malin, truskawek itd. A tu niespodzianka – zapach cytrusów :)Lipp Gloss posiada dosyć lekką konsystencję, bardzo szybko wnika w powierzchnię ust i tak jakby na nich zasycha.

A oto odpowiedź odnośnie użycia słowa „błyszczyk”. Efekt na ustach jest całkowitym przeciwieństwem Lipp Gloss. Usta stają się całkowicie MATOWE.

I tu właśnie pojawia się pierwszy problem, a mianowicie ta „suchość”. Jestem raczej przyzwyczajona do uczucia nawilżenia na ustach. Tutaj może nie było jakiegoś drastycznego efektu „ściągania”, ale miałam wrażenie jakbym miała wypudrowane usta. Po pierwszych 2 godzinach pojawił się efekt spierzchniętych ust.

 

Po 3 dniu użytkowania pojawiły się pierwsze suche skórki (raczej mi się to nie zdarzyło przy błyszczykach czy szminkach). Przypuszczam, że kolejne dni użytkowania bez „wspomagaczy” mogłyby pogorszyć sprawę. Zatem stanowczo potrzebne jest nawilżanie. Przy użyciu tego błyszczyka konieczna jest nocna terapia pomadką ochronną :)

A teraz przejdę do najważniejszego. Już na samym błyszczyku ewidentnie rzuca sie nam w oczy napis: ” SUPER TRWAŁY”. Sprawdziłam zatem jego trwałość prostym testem  - food testem ;)

Najpierw śniadanie. W zasadzie to nic szczególnego : słodka bułeczka i kawa zbożowa :)

Efekt: Na kubeczku-nie było żadnych śladów, ale niestety część błyszczyka zniknęła…

Następnie : obiad. Nie będę zanudzała swoim jadłospisem dlatego ograniczę się jednynie do opisu. Zupa rosół i naleśniki niestety doprowadziły do całkowitej kapitulacji błyszczyka. Został kompletnie skonsumowany razem z obiadkiem i zniknął bez śladu :(

Podsumowując:

  1. Ładnie wygląda
  2. Ładnie pachnie
  3. Rozprowadza sie również zadowalająco
  4. Niestety wysusza usta
  5. Niestety nie jest trwały (biorąc pod uwagę, że przeciętne kobiety muszą jeść). Chyba, że idziemy na krótkie spotkania bez konsumpcji. ;)

Niestety kolejnego Lipp Gloss z tej serii raczej już nie kupię.

To tyle. Mam nadzieję, że firma Wibo jeszcze się postara i wymysli coś ciut trwalszego. Czekam i z chęcią wypróbuję ;)

Opublikowano Brane pod lupę czyli testuję ;) | Otagowano , , , | Skomentuj

Świeżynka od Wibo.Lovely Snow Dust czyli lakier do paznokci o piaskowej fakturze.

Kolor nr 2

 Ogólnie to kolejny produkt z serii (jak ja to nazywam) ziarnistej. Chodzi tu o fakturę lakieru po wyschnięciu. Nie jest gładka tylko chropowata :)

Fakturka lakieru .Tutaj lakier dust na białym podkładzie.

Do tego produktu dłuuugo „dojrzewałam”,ponieważ nie jestem fanką tego rodzaju lakierów. Jednak moja strona eksperymentatorki zwyciężyła i oto testuję :)

Lakier dosyć szybko wysycha i ma tę zaletę ,że różny sposób jego aplikacji daje różne efekty. Tak na przykład :

Jedna warstwa daje efekt  mocno transparentny. Dwie – jakby szronu.

Natomiast:

Wystarczy pokryć dwie warstwy topem i zmienia sie w bardziej błyszczący a efekt szronu jest znacznie mniejszy.

Ogólnie aplikacja dosyć komfortowa pomimo, że pędzelek jest standardowy (nie płaski). Lakier ogólnie pięknie sie trzyma. Poległ 4 dnia, po dłuższym praniu ręcznym. W zasadzie to raczej ta część bliżej wolnego brzegu paznokcia. 

Muszę przyznać, że spodobał mi się ten lakier i chyba zaopatrzę się jeszcze w inne kolory. Na początek chyba złoty ;) A tymczasem prezentuję efekt z bazą :)

Opublikowano Brane pod lupę czyli testuję ;) | Otagowano , , , | 2 komentarzy